Kościół Parafia Białka Tatrzańska

Kościół Białka Tatrzańska Parafia
Panorama Kościół w Białce Tatrzańskiej

aktualne ogłoszenia 

 

Białka Tatrzańska, 7. 03. 2021 r.        

III Niedziela Wielkiego Postu

 

Msze Św. dzisiaj: o godz. 7.00, 8.00, 11.00 i 18.00. Nie ma już Mszy Św. o godz. 20.00. Gorzkie Żale z kazaniem pasyjnym dziś o godz. 17.00. Droga Krzyżowa dziś o godz. 10.30, a w piątek o godz. 18.00. Dziś pierwsza niedziela miesiąca, zamiast kazania adoracja Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie.

Msze Św. w tym tygodniu od poniedziałku do czwartku o godz. 7.00 i o godz. 18.00. W piątek Msze Św. o godz. 7.00 i o godz. 18.30. W sobotę Msza Św. niedzielna o godz. 18.00.

Msze Św. w przyszłą niedzielę: o godz. 7.00, 8.00, 11.00 i 18.00. O godz. 10.30 Droga Krzyżowa, a o godz. 17.00 Gorzkie Żale.

W piątek po Drodze Krzyżowej o godz. 18.00 i Mszy Św. czuwanie przed Najświętszym Sakramentem do godz. 20.00. O prowadzenie adoracji prosimy Grupę Modlitewną Św. Ojca Pio.

Grupy Modlitewne naszej Parafii zapraszają wszystkich chętnych do włączenia się w DOBĘ MODLITEWNĄ JAKO PRZEBŁAGANIE ZA NASZE GRZECHY, Z PROŚBĄ O MIŁOSIERDZIE BOŻE DLA NASZEJ PARAFII, OJCZYZNY, KOŚCIOŁA I CAŁEGO ŚWIATA w sobotę 13 marca, czyli od północy z piątku na  sobotę  do północy z soboty na niedzielę. Przypominamy, że doba modlitewna polega na tym, że modlitwa trwa nieprzerwanie przez 24 godziny, a każdy zapisany modli się w swoim domu przez godzinę, na którą się zdeklarował. Zapisy dzisiaj po Mszach Świętych w głównym przedsionku kościoła. ( Także w sobotę 6 marca wieczorem ).

Caritas Archidiecezji Krakowskiej rozprowadza w parafiach naszej Archidiecezji baranki wielkanocne. Ofiary składane przy tej okazji będą przeznaczone za pośrednictwem „Caritas” na pomoc dla osób starszych. Zespół Charytatywny w Białce Tatrzańskiej prowadzi w Wielkim Poście zbiórkę żywności dla najbardziej potrzebujących: w sklepie „Super Sam” u państwa Kowalczyków i w sklepie GS „Gama” naprzeciw kościoła. Serdeczne „Bóg zapłać” Właścicielom i wszystkim Ofiarodawcom.

W tym roku z powodu pandemii młodzież nie będzie przychodzić do domów. Natomiast w przyszłą niedzielę 14 marca po Mszach Świętych przed kościołem będzie zbiórka na kwiaty do Bożego Grobu, na ogrzewanie kościoła oraz wywóz odpadów z cmentarza. Prosimy o zrozumienie i ofiarność.

 

Proszono o następujące ogłoszenia: Wójt Gminy informuje, że zgodnie z harmonogramem odbioru odpadów w naszej Gminie, najbliższy odbiór odpadów komunalnych z miejscowości Białka Tatrzańska odbędzie się 15 marca 2021 r.

_______________________

RODZINA BERTA

19-letni Bert mieszka w dzielnicy al-Maydan w Aleppo razem ze swoimi rodzicami – ojcem Krikorem i mamą Sonik. Przed wojną rodzina żyła spokojnie i mogła utrzymać się bez problemów. Krikor pracował w warsztacie samochodowym oraz w sklepie z częściami samochodowymi w dzielnicy Bustan al-Basha w Aleppo. Krikor wiele podróżował, w tym także po Europie. Syn Krikora, Bert, od dziecka uwielbiał sport – pływanie oraz piłkę nożną. Kiedyś udało mu się nawet wyjechać z grupą harcerzy na konkurs piłkarski do Armenii. Miał wtedy 12 lat. To wszystko skończyło się w 2012 roku, kiedy trwająca wtedy od roku wojna dotarła do Aleppo. Nigdy nie zapomną tamtego dnia. 12-letni Bert właśnie wrócił z Armenii, podekscytowany sportową przygodą. Dowiedział się o śmierci jednego z członków rodziny swojego przyjaciela ze szkoły i postanowił do niego zadzwonić, aby porozmawiać z nim chwilę i podnieść go na duchu. Zasięg telefoniczny ciągle się urywał, a więc Bert skierował się na balkon próbując nawiązać połączenie. To właśnie wtedy na przeciwległy budynek spadły pociski. Odłamki raniły chłopca. – Czułem się, jakby coś gorącego spadło na moje nogi – powiedział. Bert, był jednak po prostu ranny. Przerażeni rodzice wynieśli go z budynku prosząc sąsiadów o podwiezienie do najbliższego szpitala. Nie można było zadzwonić po karetkę – nie funkcjonowały. Jeden z sąsiadów posiadał większy samochód. Kilka osób zaczęło przynosić do niego rannych, aby dalej odwieźć ich do szpitala. Niektóre z osób przynoszonych do samochodu były już jednak martwe. Tamten dzień był ogromną traumą dla 12- letniego chłopca. – To był jednak dopiero początek naszego dramatu – powiedział Krikor. – Kiedy tylko dotarliśmy do szpitala, wszyscy lekarze zalecali amputację obu nóg – jedną nad kostką, a drugą nad kolanem.

Bert okropnie płakał z bólu i przerażenia. Nie chcieliśmy dopuścić do amputacji. Przez całą noc tułaliśmy się po kilku szpitalach błagając o pomoc. Jeden z lekarzy powiedział, że Bert musi natychmiastowo jechać do Damaszku, tylko tam miałby szansę na uratowanie nóg. Nie mieliśmy na to wszystko pieniędzy. Dopiero w ostatnim szpitalu lekarz postanowił podjąć próbę zoperowania nóg. Operacja trwała 7 godzin. Po jej zakończeniu lekarz powiedział, że konieczne będą kolejne. Obie nogi udało się uratować. Po 6 miesiącach pojawił się jednak zator. Wówczas w Aleppo nie było już żadnego lekarza, który potrafiłby pomóc. Ten, który operował Berta pół roku wcześniej, wyjechał z powodu pogróżek, jakie kierowały do niego uzbrojone bojówki. Jedyną pomoc zaoferował pielęgniarz, który sam przyjechał do Aleppo, uciekając przed walkami w mieście al- Hasaka. Bert potrzebował jednak dużo czasu i cierpliwości, aby wyzdrowieć. Przez kolejny rok Bert nie mógł stawać na nogi. Przeniesiono go z jego sypialni do salonu, gdyż to pomieszczenie było mniej narażone na pociski. Przyjaciele nie mogli go odwiedzać – dzielnica była wówczas bardzo niebezpieczna. Jedynie 3 znajomych mieszkających nieopodal czasami odwiedzało Berta. – Na nasz dom łącznie spadło 7 pocisków – mówi Krikor. – Po kilku miesiącach rany Berta nadal były niezagojone. W lecie było ogromne ryzyko wystąpienia zapalenia z powodu upałów. Nie mieliśmy klimatyzacji, a nawet gdybyśmy ją mieli, to w całym mieście i tak nie było prądu. W gorące noce zmienialiśmy się z żoną i czuwaliśmy nad łóżkiem syna wachlując jego nogi, by nie wdało się zapalenie. Byliśmy gotowi zrobić wszystko, by mu pomóc. Po kilku latach Bert znów może chodzić. O uprawianiu sportu może jednak zapomnieć. Życie już w niczym nie przypomina tego sprzed wojny. Wielu z przyjaciół Berta wyjechało w poszukiwaniu lepszej przyszłości w Europie lub w Kanadzie. Każdy większy wysiłek sprawia, że rośnie ryzyko utraty nogi. Jak dotąd żadna z organizacji pomocowych nie miała możliwości wesprzeć Berta w sfinansowaniu koniecznej operacji, która pomogłaby mu w pełni uratować nogę. Jest bardzo kosztowna – potrzebne byłoby 30 tysięcy złotych. – Powiedziano mi, że uznają taką operację za operację plastyczną – mówi Bert. Jego oczy są pełne łez. Decyduje się pokazać swoją okaleczoną nogę, której brakuje kawałka mięśnia – To ma być „operacja plastyczna”? – pyta retorycznie. Dla rodziny to nie koniec zmartwień. Już na początku wojny Krikor stracił pracę w warsztacie samochodowym. Przedsiębiorstwa padały wtedy jedno za drugim. Podjął dorywczą pracę w domu parafialnym w kościele ormiańsko-prawosławnym. W 2016 również został ranny w wyniku spadających w pobliży pocisków. Nie poniósł jednak tak rozległych obrażeń, jak jego syn. Rodzina nie zaprzestała jednak wspierać syna w nauce. Pragnęli, by kontynuował ją jak tylko będzie mógł poruszać się, choćby o lasce. Pomimo przerwy w nauce, udało mu się zdać maturę z bardzo dobrym wynikiem. Marzy o dalszej nauce na uniwersytecie lub o przebyciu kursu zawodowego w zawodzie kucharza. Przez jakiś czas podejmował pracę w restauracji, jednak nie dawał rady pracować dłużej niż 4 godziny dziennie. Dziś rodzina korzysta z pomocy w ramach programu Rodzina Rodzinie. Ta pomoc przynosi im ulgę w codziennych wydatkach, w tym w częściowej spłacie kredytu hipotecznego w banku. Stale podejmują również wszelkie oferty pracy. Pomimo wszystkich trudności starają się mieć nadzieję. Nie wyobrażają sobie opuszczenia swojego kraju, czy miasta, a nawet rodzinnego domu.

 

_______________________

RODZINA BITAR

To był poniedziałek. Hanan pamięta dokładnie każdy szczegół tego dnia. Życie rodziny Bitar miało zmienić się o 180 stopni. To był zwykły poranek. Hanan, jej mąż Bshara oraz dwóch nastoletnich synów – George i Hanne spędzili poranek jak co dzień przygotowując się do wyjścia z domu. Hanan pracowała w domu opieki dla seniorów. Jej mąż oraz syn George udali się do pracy w lokalnym oddziale ochrony cywilnej. Młodszy Hanne miał wyjść do szkoły. Nikt nie spodziewał się, że za kilka godzin zniknie dom, do którego mieli wrócić.

– To była godzina 11:00 – wspomina Bshara. – Byłem niedaleko. Usłyszałem odgłos pocisku i zobaczyłem dym unoszący się mniej więcej w miejscu, gdzie stoi nasz dom. Oczywiście od razu pobiegłem w tamtą stronę. Po drodze spotkałem rozgorączkowanego sąsiada. Powiedział mi tylko, bym poszedł zobaczyć, co się stało z domem, gdyż został trafiony. Ta informacja sparaliżowała mnie – przecież Hanne miał niedługo wrócić ze szkoły! Biegłem do domu ze wszystkich sił tylko po to, by zobaczyć, że naszego mieszkania na 5 piętrze już po prostu nie ma. Wszystko ponad 3 piętrem zniknęło. Wtedy usłyszałem okropny krzyk – to był głos mężczyzny wydobywający się spod gruzów. Wołał o pomoc. Byłem przerażony, myślałem, że to mój syn!– Wkrótce na ulicy zjawiła się grupa mężczyzn gotowa pomóc odszukać człowieka uwięzionego pod gruzami. To był nasz sąsiad. Chwała Bogu, przeżył. Rozpłakałem się jak dziecko.– Ja przez cały czas byłam w domu opieki – kontynuuje Hanan. – Zadzwoniła do mnie moja siostra mówiąc, bym po pracy nie wracała do domu tylko poszła do niej. Od razu wiedziałam, że coś się stało. Ona wie, że choruję – mam nadciśnienie, astmę i cukrzycę. Bała się, że nie wytrzymam tego widoku. Od razu zaczęłam dzwonić do swoich synów i męża. Martwiłam się. Droga do domu wydawała się nie mieć końca...Ona jednak wkrótce także miała odkryć, że ich dobytek, meble, ubrania, rodzinne pamiątki i cenne wspomnienia są pochowane w gruzach. Rodzina z dnia na dzień stała się bezdomna. Pomoc uzyskali w parafii, która udostępniła im małe mieszkanie z podstawowym wyposażeniem.– Strata domu była potworna, ale to właściwie nie była nasza pierwsza tragedia – mówi Bshara. – W 2012 roku straciłem swój warsztat kowalski. Miałem go w industrialnej dzielnicy Bustan Al.-Basha. Rozkradziono cały mój sprzęt. Od tamtej pory jestem bezrobotny. Zacząłem mieć problemy z sercem. Żyjemy w permanentnym stresie.– Dzięki pomocy z parafii mogliśmy odbudować zawalone piętra w naszym budynku – dodaje Hanan. – Oczywiście nic nie przypomina naszego dawnego domu. Teraz mieszkamy w jednym pokoju, mamy niepomalowane ściany, jest wilgotno, klatka schodowa jest nadal zniszczona. Ale to i tak lepsze, niż nic.Rodzina patrząc w przeszłość nie chce skupiać się tylko na tym, co straciła. – Wspominamy też dobre czasy. Życie było proste i piękne. Szczególnie przygotowania do Wielkanocy – mówi Hanan. – Chodziliśmy do kościoła, Niedziela Palmowa i Niedziela Wielkanocna były takie piękne... Chodziliśmy do Parafii Najświętszej Marii Panny w dzielnicy Al.- Jedaydeh. W tym roku nie mamy jak świętować. Zmagamy się z biedą, a w dobie zagrożenia epidemią nie możemy nawet pomodlić się w kościele. Ponadto... martwimy się o przyszłość naszych synów. Dziś George ma 23 lata, a Hanne 21. Są u progu dorosłości, pełni ambicji, tacy zdolni. Z jednej strony wiemy, że za granicą mieliby mnóstwo możliwości. Z drugiej – przecież Syria to nasz dom!

_______________________

RODZINA SELEHA

Saleh z Syrii pracuje jako kierowca taksówki. Jest muzułmaninem. Z trudem utrzymuje rodzinę – żonę i dwójkę niepełnosprawnych dzieci. Po bombardowaniach w Aleppo wszyscy musieli uciekać z domu. – „Marzymy o tym, by wrócić do naszego domu, odremontować go i poczuć się jak u siebie” – mówi Saleh – „Brakuje nam na podstawowe produkty”.

Mieszkali w regionie wschodniego Aleppo, gdy zaczęła się wojna. Kiedy zrobiło się bardzo niebezpiecznie schronili się najpierw w meczecie, a później w prowizorycznym mieszkaniu w budynku szkoły. Później pod swoją opiekę wzięła ich Wspólnota Marystów będąca partnerem w programie Rodzina Rodzinie.Podczas wybuchów, niepełnosprawne dzieci bardzo się bały, nie do końca

rozumiejąc co się dzieje. Ojciec zamykał je wtedy w zamkniętym pokoju, by nic nie słyszały. – Pierwszą osobą, która mi pomogła był chrześcijanin. „Niech Bóg ma w swojej opiece wszystkich, którzy wyciągnęli do nas, muzułmanów, pomocną dłoń” – przyznaje Saleh. Dziś rodzina czeka na kolejny cykl wsparcia w ramach programu Rodzina Rodzinie.

_______________________

RODZINA ELIASA I SILVANY

Rodzina Eliasa i Silvany mieszka w Aleppo razem z 4 dzieci: 14-letnią Mary, 12-letnim Antonem, 8-letnią Matyldą i 6-letnim Georgem. Rodzina należy do kościoła syriacko- katolickiego. Elias przed wojną pracował jako malarz pokojowy oraz dorywczo jako dostawca żywności. Zarabiał wtedy miesięcznie równowartość 3000 złotych, rodzinie wystarczało to na życie, nawet udało im się dostać kredyt hipoteczny. „Przed wojną niczego nam nie brakowało. Nie tylko nam, ale większości Syryjczyków. Nie potrzebowaliśmy żadnej pomocy z zewnątrz. Dziś jest inaczej”.

Kiedy wybuchła wojna, Elias stracił pracę. Po roku znalazł zatrudnienie jako elektryk. 7000 funtów syryjskich, które zarabiał miesięcznie, początkowo miało wartość 380 złotych. Dziś to równowartość niecałych 50 złotych. Nadszedł rok 2014, najczarniejsze chwile dla Aleppo. Miasto było oblężone. Żywność i leki docierały do miasta tylko od jednego z wjazdów (pozostałe były zamknięte). Ta dzielnica była jednak niebezpieczna, stale narażona na bombardowania. Elias podjął wtedy pracę przewozu artykułów. Narażał życie, jednak to było konieczne, aby zdobyć jedzenie i podstawowe produkty do życia. Codziennie istnieje ryzyko, że któraś z ulic zostanie zamknięta, a wtedy Elias nie będzie mógł wrócić na noc do domu. Do ograniczenia dostaw żywności dochodzi również zamknięcie dopływów wody. Każdego dnia Elias wraz ze swoją żoną donoszą wiadra wody do domu z pobliskich cystern. Niepewność o jutro jest chlebem powszednim rodziny. Kredyt hipoteczny nadal czeka na spłatę, a rodzinie grozi licytacja domu.

 

 

 

Trwa ładowanie strony prosimy czekać...